dosyć szybko w sumie, choć nic kompletnie się nie działo… ale jakoś nie możemy się polubić z miastem Mińsk, trzeba to w końcu otwarcie przyznać… naprawdę bardzo się starałam nie być uprzedzona, ale sznas na wspólne zrozumienie coraz mniej… co nie znaczy, że nie będę się dalej starać… : ) zaczęło się już na lotnisku, kiedy przy odborze wizy pani urzędniczka jasno wyraziła swoje oburzenie faktem, że musi czytać mój wniosek i wklejać mi wizę, a przecież mogłabym załatwić to w Pl, a nie zawracać jej gitarę… byłam tak zdziwiona, że nie wiedziałam co odpowiedzieć… a w samym Mińsku już zimno, w mieszkaniu nawet bardzo, więc z utęsknieniem czekaliśmy na włączenie ogrzewania… uprzedzono nas jednak, żebyśmy się za bardzo nie cieszyli, ponieważ nigdy nie jest to ogrzewanie “na full”, raczej delikatne dogrzewanie, do tego wyłączane o 24.00, włączane o 7.00… o rozpoczęciu “sezonu grzewczego” nie zawiadomiły nas jednak wcale ciepłe kaloryfery, nawet ich nie poczuliśmy, ale za to cała klatka schodowa spływała wodą… mieszkamy w nowym zupełnie bloku, a mnie się wydaje, że trafiłam na plan Alternatywy 4. nudny wpis, co nie…. będzie nudno….

wcale nie nudny, samo zycie, a ono jak w ruskim filmie, raz straszno, raz smieszno (tak mawiał mój ojciec, haha). Pisz, skarż się ile wlezie, w końcu i po to jest blog
Kasiu, wolałabym “czasem słońce, czasem deszcz” : )
“wolałabym „czasem słońce, czasem deszcz” : )”
No to zasadniczo pomyliłaś kierunek niestety … Ale głowa do góry. Z Twoim otwartym podejściem do życia dasz radę. Choćby i w Mińsku.
Duża buźka,
E.
“choćby i w Mińsku” : )…. uśmiałam się